Obecny czas to Śro 21:54, 21 Lis 2018 | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
Zobacz posty bez odpowiedzi
Forum www.mafiacoalition.fora.pl Strona GłównaForum www.mafiacoalition.fora.pl Strona Główna
Użytkownicy Grupy Rejestracja Zaloguj

klucze
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.mafiacoalition.fora.pl Strona Główna » 2v2
Zobacz poprzedni temat | Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
aaa4




Dołączył: 20 Sty 2018
Posty: 4
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 12:30, 20 Sty 2018    Temat postu: klucze

-Prosze polozyc koperte na ziemi i odejsc! Mlody czlowiek chwile sie wahal, po czym polozyl koperte na trawie.

-Prosze nie pozwolic sobie tego odebrac - powiedzial, po czym odwrocil sie na piecie i rzucil do ucieczki.

Od strony domu faktycznie slychac bylo odglos nadjezdzajacego samochodu. Lisa zlapala koperte i pobiegla droga, az dotarla do kepy krzewow na tyle gestej, by dalo sie dobrze w niej schowac. Z ukrycia, glosno dyszac, obserwowala przejezdzajacych powoli dwoch ochroniarzy ojca. Kiedy odglos silnika ucichl oddali, odpoczela na tyle, by moc rozerwac opakowanie, w ktorym Federal Exp umiescil przesylke. Znajdujaca sie w srodku koperta byla biala, nie miala zadnego nadruku, jedynie, najwyrazniej damska reka, starannie napisane nazwisko adresata: LISA GRAYSON. Notatke w kopercie sporzadzono na komputerze. DROGA LISO

Mezczyzna, ktory dostarczyl Pani przesylke, nie pracuje dla Federal Express. Zatrudnilam go w nadziei, ze uda mu sie znalezc sposob, by dostarczyc Pani ten list. Nazywam sie Rosa Suarez, byc moze pamieta mnie Pani. Jestem epidemiologiem przydzielonym do zbadania przypadkow DIC w Bostonskim Centrum Medycznym. Potrzebuje Pani pomocy, nie bylam jednak w stanie skontaktowac sie z Pania telefonicznie i listownie. Po pozostawieniu szeregu wiadomosci na Pani automatycznej sekretarce dowiedzialam sie, ze zmieniony zostal Pani numer domowy, a nowy jest nie do zdobycia - przynajmniej dla mnie. Dwa listy polecone, ktore wyslalam, poczta uznala za dostarczone, a ich przyjecie potwierdzone w Pani imieniu. Byc moze otrzymala je Pani, ale mam pewne watpliwosci. Nie sadze, aby Pani ojciec albo adwokat chcieli uslyszec to, co mam do powiedzenia, i odpowiedziec na to, o co musze Pania zapytac...

-Pan Daniels?

-Tak.

-Phelps przy aparacie, Roger Phelps. Ciesze sie, ze udalo mi sie pana zlapac. A Ja nie - pomyslal Matt. Byc moze zawdzieczal inspektorowi do spraw rozpatrywania roszczen MMPO przydzial do sprawy Sarah, ale bylo cos w zachowaniu tego czlowieczka - w jego mowie, moze w oczach - co sprawialo, ze Matt czul sie nieswojo.

-Tak, panie Phelps? Czym moge sluzyc?

Na biurku Matta pietrzyly sie tomy raportow z badan naukowych, prawnicze ksiegi i kserokopie szpitalnych historii chorob. W ciagu najblizszych dwoch tygodni Matt zamierzal przesluchac dwoch swiadkow Mallona, powolanych przez niego jako bieglych, oraz Lise Grayson. Mallon planowal w tym samym czasie dobrac sie do Sarah i Kwong Tian Wena. Jak na razie nie mial od niego zadnego sygnalu po burzliwym zakonczeniu przesluchania Petera Ettingera. Mallon nie odezwal sie ani slowem. Matt mial nadzieje, ze jego przeciwnik zaproponuje przynajmniej zawieszenie sprawy do momentu, az zbadane zostana zarzuty dotyczace preparatu odchudzajacego Ettingera, nic takiego jednak nie nastapilo. Wszystko wskazywalo na to, ze niezaleznie od pojawiania sie nowych faktow, Mallon jest odporny na wszelkie rewelacje.


Post został pochwalony 0 razy
...
Zobacz profil autora
Powrót do góry
aaa4




Dołączył: 20 Sty 2018
Posty: 4
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 17:14, 12 Lut 2018    Temat postu:

Zapalilismy piece, zostawilismy ponurego i zrzedzacego Eddiego - z Trzema Apostolami, na ktorych twarzach malowaly sie miny cierpietnikow, do pomocy - zeby uruchomil nasz generator, i wrocilismy na "Roze Poranka". Ja, poniewaz musialem koniecznie porozmawiac ze Smithym, inni dlatego, ze w baraku nadal bylo nieprzytulnie i panowal w nim przejmujacy mroz, natomiast oczerniana przez wszystkich "Roza Poranka" jawila nam sie teraz ciepla i wygodna przystania. Tuz po naszym powrocie w krotkich odstepach czasu zaszlo kilka niepokojacych wydarzen.

Dziesiec po trzeciej, zupelnie niespodziewanie i wbrew wszelkim oznakom na niebie i ziemi, wiezyczka lodzi podwodnej nasunela sie gladko na metalowy kolnierz jej czesci centralnej. Przylapano ja natychmiast w tej pozycji szescioma srubami - wszystkich razem bylo dwadziescia cztery - a szalupa motorowa przystapila od razu do odholowania krnabrnej makiety na polnocna strone molo, w zaciszny kat tworzony przez jego czesc glowna i prawe ramie.

O trzeciej pietnascie rozpoczeto wyladunek pak z pokladu dziobowego, co pod okiem Smithy'ego postepowalo sprawnie i blyskawicznie. Po czesci dlatego, ze nie chcialem mu przeszkadzac w pracy, a po czesci dlatego, ze w tym momencie i tak nie moglbym porozmawiac z nim na osobnosci, zszedlem do swojej kabiny, wyjalem z dna swojej walizeczki lekarskiej maly prostopadloscienny przedmiot zawiniety w plotno, wlozylem go do sznurowanego woreczka z wojloku i wrocilem na gore.

To bylo o trzeciej dwadziescia. Na pokladzie dziobowym nadal znajdowalo sie ponad osiemdziesiat procent przewozonych tam skrzyn, nigdzie natomiast nie bylo Smithy'ego. Zupelnie jakby skorzystal z mojej chwilowej nieobecnosci, zeby zapasc sie pod ziemie. Zapytalem marynarza obslugujacego dzwig, czy nie widzial, dokad poszedl Smithy, ale ten, pochloniety calkowicie praca, ktora nalezalo wykonac z najwyzszym pospiechem, mial dosc mgliste pojecie o miejscu jego pobytu. Pewnie zszedl pod poklad albo na brzeg, odparl, co uznalem za wielce pomocna wskazowke. Zajrzalem do kajuty Smithy'ego, na mostek, do kabiny nawigacyjnej, do jadalni i wszedzie, gdzie mozna sie bylo spodziewac go znalezc. Ani sladu Smithy'ego. Wypytalem wszystkich pasazerow i czlonkow zalogi - z tym samym skutkiem. Nikt go nie widzial, nikt nie mial pojecia, czy byl na statku, czy zszedl na brzeg, co wydawalo sie dosc zrozumiale, gdyz zdazylo sie juz zrobic zupelnie ciemno, a ostre swiatlo lukowych lamp, rozwieszonych dla ulatwienia wyladunku, nie siegalo trapu, ktory pograzyl sie w mroku dostatecznym, by kazdy, kto chcial wejsc na poklad lub zejsc na molo, mogl miec absolutna pewnosc, ze zrobi to zupelnie niepostrzezenie.

Nigdzie nie bylo takze ani sladu kapitana Imrie. Wcale go nie szukalem, to prawda, ale spodziewalem sie raczej, ze bedzie dobitnie manifestowal swoja obecnosc. Wiatr skrecil juz na poludnio-poludniowy wschod i ciagle przybieral na sile, "Roza Poranka" tlukla regularnie o sciane molo z gluchym dudnieniem, ktoremu towarzyszyl przerazliwy zgrzyt metalu o kamien. W normalnych okolicznosciach wszedzie powinno byc pelno kapitana Imrie, krzatajacego sie jak w ukropie, zeby jak najszybciej pozbyc sie tych przekletych pasazerow i calego ich bagazu i pelna para wyprowadzic statek na bezpieczne fale otwartego morza. A tu nigdzie go nie bylo, nie natknalem sie na niego w zadnym z miejsc, ktore odwiedzilem.

O trzeciej trzydziesci zszedlem na molo i pobieglem do barakow. Nigdzie zywego ducha. Tylko w magazynie sprzetu Eddie przy wtorze soczystych przeklenstw mozolil sie nad uruchomieniem generatora. Na moj widok podniosl glowe.

-Nikt mi nie zarzuci, ze lubie narzekac, doktorze Marlowe - powiedzial - ale to cholerstwo...

-Nie widzial pan Smithy'ego? Naszego pierwszego oficera?

-Niecale dziesiec minut temu. Zajrzal zobaczyc, jak nam idzie. A co? Czy cos sie...


Post został pochwalony 0 razy
...
Zobacz profil autora
Powrót do góry
aaa4




Dołączył: 20 Sty 2018
Posty: 4
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 17:16, 12 Lut 2018    Temat postu:

Wiezyczka po prostu za nic w swiecie nie chciala wejsc na swoje miejsce. Goin, Heissman i Stryker, jedyni trzej naoczni swiadkowie fabrycznych testow, twierdzili, ze nie bylo z tym najmniejszych problemow - teraz jednak byly, i to niemale. Wiezyczke zaprojektowano tak, by jej podstawa o przekroju elipsy nasuwala sie dokladnie na pionowy kolnierz wysokosci czterech cali znajdujacy sie posrodku centralnej czesci lodzi. Tyle tylko, ze teraz za zadne skarby nie chciala sie nasunac. Jak sie okazalo, jedna z lagodnych krzywizn u podstawy wiezyczki wgiela sie do srodka na przynajmniej cwierc cala, bez watpienia w wyniku ciegow, jakie sprawilo nam morze w drodze z Wiek. Ktoras z lin mocujacych musiala sie nieznacznie poluzowac, co dalo ladunkowi mikroskopijna swobode ruchow w pionie i w zupelnosci wystarczylo do powstania tego niewielkiego odksztalcenia.

Rozwiazanie nasuwalo sie samo - po prostu wyklepac zawadzajaca wkleslosc; kazdemu srednio wykwalifikowanemu blacharzowi w stoczni zajeloby to pewnie nie wiecej niz kilka minut, ale my nie dysponowalismy ani odpowiednimi narzedziami, ani fachowcami i minuty zaczely nam sie przeciagac w godziny. Dziesiatki razy dziobowy dzwig ustawial oporna wiezyczke na kolnierzu; dziesiatki razy trzeba bylo z powrotem ja podnosic i pracowicie wyklepywac. Kilkakrotnie udalo nam sie dopasowac ja idealnie w miejscu, w ktorym do tej pory sie blokowala, lecz natychmiast stwierdzalismy, ze wgiecie tajemniczo i zlosliwie przemiescilo sie kilka cali dalej. Co wiecej, mimo iz makieta lodzi znajdowala sie pod oslona zarowno samego statku, jak i molo, pierwsze niewielkie fale zaczynaly sie juz przekradac wokol dziobu "Rozy Poranka", w zaden sposob nie ulatwiajac nam sprawy. Wprawialy makiete w kolysanie, z poczatku nieznaczne, lecz tak szybko przybierajace na sile, ze w koncu powodzenie calego przedsiewziecia zaczelo w rownej mierze zalezec od sily perswazji mlotow, co od zwyklego szczescia w trafieniu wiezyczka na kolnierz otworu.

Kapitan Imrie nie odchodzil od zmyslow ze zdenerwowania z tej prostej przyczyny, iz odchodzenie od zmyslow z jakiegokolwiek powodu nie lezalo w jego naturze, ale o miotajacym nim niepokoju wystarczajaco dobitnie swiadczyl fakt, ze nie tylko opuscil lunch, ale od momentu wplyniecia do Sorhammy nie pokrzepil sie niczym solidniejszym niz mocna kawa. Glownym przedmiotem jego troski, poza stanem "Rozy poranka" - stan pasazerow najwyrazniej nic go nie obchodzil - byla reszta pak na pokladzie dziobowym, bo, jak to niepotrzebnie i dosc niesympatycznie przypomnial mu Otto, kontrakt przewidywal, ze przed odplynieciem do Hammerfest musi wysadzic na lad wszystkich pasazerow i wyladowac caly bagaz ekipy. Problem, ktory przysparzal kapitanowi tylu zgryzot, polegal oczywiscie na tym, ze przedni poklad nie zostal i nie mogl zostac rozladowany, poki dziobowy dzwig zajety byl wylacznie i bez reszty utrzymywaniem wiezyczki w zawieszeniu nad makieta lodzi. A wiatr przybieral na sile i zaczynalo sie sciemniac.

Jedynym plusem zaabsorbowania kapitana Imrie bylo to, ze pozostawialo mu ono niewiele czasu na martwienie sie zniknieciem Hallidaya, a precyzyjniej - na proby podjecia jakichkolwiek konstruktywnych dzialan w tej materii. O tym bowiem, ze w dalszym ciagu nie dawalo mu to spokoju, wiedzialem chocby stad, ze znalazl czas, by pofatygowac sie do mnie i oswiadczyc, ze pierwsza rzecza, jaka zrobi po przybyciu do Hammerfest, bedzie skontaktowanie sie ze strozami prawa. Moglem mu na to udzielic dwoch odpowiedzi, ale tego nie uczynilem: ze zupelnie nie pojmuje, czemu by to mialo sluzyc - mysle, ze po prostu czul gwaltowna potrzebe zrobienia czegos, wszystko jedno czego, byle tylko cos zrobic - a przede wszystkim, ze nie ma najmniejszej szansy dotrzec do Hammerfest, choc nie byl to raczej najlepszy moment na tlumaczenie mu, dlaczego tak uwazam. W owej chwili nie byl w nastroju do uznawania czyichkolwiek racji. Mialem nadzieje, ze to sie zmieni juz wkrotce po odbiciu od Wyspy Niedzwiedziej.

Zszedlem po zgrzytajacym metalowym trapie - jego kolka, na stale zablokowane przez rdze, tarly z niemilosiernym piskiem przy kazdym ruchu "Rozy Poranka" - i ruszylem wzdluz kamiennego molo. Maly traktor i maly ratrak - wyladowane z pokladu rufowego kutra jako pozycja numer trzy i cztery - zaopatrzone byly w sanie i teraz wszyscy, od Heissmana w dol, pomagali ladowac na nie sprzet i zapasy, by przeciagnac je do barakow lezacych na niewielkiej skarpie nie wiecej niz dwadziescia jardow od miejsca, w ktorym molo laczylo sie z brzegiem. Nie tylko pomagali, ale robili to z ochota; kiedy temperatura wynosi pietnascie stopni ponizej zera, nikt nie jest sklonny ulec pokusie bezczynnosci. Towarzyszac jednej z partii zapasow, dotarlem do barakow.

W przeciwienstwie do molo baraki byly stosunkowo nowoczesne, a ich stan nie budzil niepokoju; pozostaly tu po ostatnim Miedzynarodowym Roku Geofizycznym, gdyz nie oplacalo sie ich demontowac i przewozic z powrotem do Norwegii. Nie byly to owe nowoczesne konstrukcje z aluminium, azbestu i kapoku, tak faworyzowane przez ostatnie ekspedycje arktyczne. Zbudowano je - choc w rzeczy samej z elementow prefabrykowanych - na wzor przysadzistych chat goralskich, dosc powszechnie spotykanych w wyzszych partiach Alp. Kanciaste, przygarbione jak ktos, kto twardo stawia czolo naporowi burzy, sprawialy wrazenie, ze i za sto lat beda tam staly. Budowle wzniesione przez czlowieka, jesli nie sa wystawione na dzialanie stalych silnych wiatrow i temperature balansujaca nieustannie wokol punktu zamarzania wody, moga trwac w zmarzlinie Arktyki niemal wiecznie.

Barakow bylo razem piec, rozrzuconych dosc daleko od siebie w odleg


Post został pochwalony 0 razy
...
Zobacz profil autora
Powrót do góry
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.mafiacoalition.fora.pl Strona Główna » 2v2
Wyświetl posty z ostatnich:   
 
 
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Skocz do:  

Strona 1 z 1


Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group

Theme created OMI of Kyomii Designs for BRIX-CENTRAL.tk.